Koszmar z dzieciństwa - moja recenzja "Parku Jurajskiego III"
Do trzech razy sztuka. Troje to już tłok. Pleść trzy po trzy. Nie da się ukryć, że trójka ma potężną pozycję w naszej kulturze - chyba tylko nieszczęścia nie chodzą trójkami… A może właśnie chodzą? Zależy, kogo zapytać, kiedy w rozmowie pojawi się temat Parku Jurajskiego III.

Minęły lata, odkąd paleontolog Alan Grant (Sam Neill) cudem przeżył wydarzenia na wyspie Isla Nublar. Czas w tym przypadku wcale nie wyleczył ran; wręcz przeciwnie, Alan wciąż nie może zapomnieć, jak zwierzęta, które tak kochał przez całe życie, stały się jego najgorszym koszmarem. Zresztą, życie i tak go nie oszczędza - Ellie Sattler (Laura Dern) w międzyczasie wyszła za innego mężczyznę, pieniądze na wykopaliska się kończą, a jego doktorant Billy Brennan (Alessandro Nivola) woli flirtować ze studentkami i bawić się drukarką 3D niż wymyślić coś, co mogłoby uratować sytuację. W tej oto “czarnej dziurze” nagle pojawia się zwodnicze światełko w postaci Paula Kirby’ego (William H. Macy), tajemniczego mężczyzny podającego się za miliardera, który chce wraz z żoną Amandą (Tea Leoni) odbyć wycieczkę samolotową nad wyspą Isla Sorna - siedliskiem porzuconych przez InGen dinozaurów. Państwo Kirby są gotowi zaproponować Grantowi zawrotne wynagrodzenie za pełnienie funkcji przewodnika na tym nietypowym locie, a ponieważ pieniądze nie śmierdzą (zwłaszcza gdy nam ich brakuje), ten niechętnie się zgadza i wraz z Billym dołączają do swoich zleceniodawców na pokładzie samolotu.
Wiecie zresztą doskonale, że Paul nie jest żadnym miliarderem, nigdy nie chodziło o żadną wycieczkę, Alan swoich pieniędzy nigdy nie zobaczy, a już za moment tradycyjnie wszystko “weźmie w łeb” i rozpocznie się kolejna walka o przetrwanie. Tyle tylko, że tym razem bohaterowie będą musieli stawić czoła czemuś, na co nikt nie mógł ich przygotować…

Fabułę “jot pe trzy” znamy wszyscy na pamięć, co jest dość ironiczne, biorąc pod uwagę, że nie znali jej nawet sami aktorzy. Ba, nie znał jej nawet reżyser, Joe Johnston. Brzmi jak żart, ale niestety wcale nim nie jest - film powstawał bez gotowego scenariusza, a fabuła zmieniała się wielokrotnie już w trakcie realizacji zdjęć. Czy to czuć przy oglądaniu? Trochę tak. Czy film mógł być znacznie lepszy? Zdecydowanie. Czy mimo to daje mnóstwo radości z oglądania? Moim zdaniem - nawet więcej.
Sam Neill jako Grant jest niekwestionowaną gwiazdą Parku Jurajskiego III. To ten sam mrukliwy, niechętny nowinkom technicznym i zafascynowany dinozaurami facet, którego poznaliśmy 8 lat wcześniej, tyle że starszy, nieco zmęczony i trochę bardziej zdesperowany. Wspaniałym kontrapunktem dla niego jest Alessandro Nivola jako Billy - pozornie cwaniakowaty, irytujący, “hop do przodu” młody paleontolog, który w rzeczywistości za maską bajeranta skrywa złote serce i całe tony odwagi. Nieco gorzej jest z państwem Kirby: o ile William H. Macy jako Paul znakomicie odnajduje się w swojej nieporadnej i mocno komediowej postaci, o tyle Tea Leoni w roli Amandy bywa mocno irytująca. Nie jest to raczej wina pięknej skądinąd aktorki, a raczej scenariusza, który każe jej co chwila krzyczeć, piszczeć i zachowywać się jak, cytując klasyka, niespełna rozumu. Nieoczekiwaną perełką filmu jest młodziutki Trevor Morgan w roli Erika, nastoletniego syna Kirbych. To on jest prawdziwym sercem tej dość mocno rozchwianej produkcji.
Jest jeszcze jeden bohater Parku Jurajskiego III, który w moich oczach czyni tę część jedyną w swoim rodzaju. Jest nim sama wyspa Isla Sorna, która w tej części nabiera zupełnie nowego charakteru. W ogóle nie przypomina samej siebie z Zaginionego Świata - zniknęły gdzieś potężne sekwoje, trawiaste równiny i soczysta zieleń. Zamiast tego na spotkanie wychodzi nam dżungla - mroczna, pełna brudu, wilgoci i snującej się mgły, jest lokacją rodem z horroru, a nie rajską krainą przygód. Zaduch i ciągłe poczucie zagrożenia wręcz wylewają się z ekranu, a brudna, post-apokaliptyczna stylistyka i przyćmione barwy tworzą atmosferę jak z sennego koszmaru. Gdybym miał określić klimat JP3 jednym słowem, byłoby nim bez wątpienia “upiorny”. A kiedy jeszcze dodamy do tego dinozaury i sposób, w jaki zostały ukazane… Oj, niejeden młodszy widz zaliczy nieprzespaną noc.
W porządku, powiem to - w żadnej innej części jurajskiej serii nie ma lepszych dinozaurów, niż w JP3. Zwierzęta, które znaliśmy z poprzednich odsłon, dostały wyraźny lifting estetyczny; są kolorowe, dynamiczne i pełne życia. Absolutnym “topem topów” są raptory - o wiele bardziej “ptasie” od swoich poprzedników, przygotowane przez ILM z takim pietyzmem i dbałością o detale, że momentami trudno uwierzyć, że nie patrzymy na żywe zwierzęta. Nie ma się co dziwić, że ta konkretna inkarnacja raptorów to ulubieńcy znacznej części widzów. Oczywiście są też odpowiednio przerażające i mają w sobie coś demonicznego, podobnie zresztą jak pozostałe drapieżniki w filmie.
Oczywiście jeden z nich wywołał największą kontrowersję w dziejach Parku Jurajskiego - spinozaur, który bezceremonialnie zamordował tyranozaura na samym początku filmu, to jednocześnie płachta na byka dla wielu fanów, jak też jeden z najlepszych elementów produkcji. Jaszczur z żaglem jest zupełnie inny od T.rexów, które królowały w poprzednich częściach. To już nie majestatyczny król, a raczej seryjny morderca - jego małe, pełne nienawiści żółte oczka przywodzą na myśl coś pomiędzy Predatorem a lordem Sithów. Podobnie jak cała Isla Sorna, spinozaur jest tu ucieleśnieniem agresji i wrogości wobec człowieka.

Jest jeszcze jeden gatunek, który zaliczył tu prawdziwie gwiazdorski występ. Po raz pierwszy większą rolę odgrywają pterozaury w postaci pteranodonów - i sceny z nimi to już kompletny “nightmare fuel”. Można odnieść wrażenie, że nagle przenieśliśmy się do Silent Hill, a kadr z pteranodonem wyłaniającym się z mgły to moim zdaniem jedna z najbardziej przerażających scen w historii kina.
JP3 ma oczywiście swoje wady, i trudno się dziwić, że nie cieszy się takim uznaniem jak “jedynka”. Film jest króciutki (zaledwie 90 minut), co w połączeniu z akcją gnającą na złamanie karku tworzy aurę kina klasy B nakręconego za pieniądze klasy A. Tak jak fabuła pierwszej części była perfekcyjnie zaplanowanym i poprowadzonym majstersztykiem, tak tutaj mamy raczej do czynienia z “odhaczaniem” kolejnych elementów z listy zatytułowanej “Jak zrobić film z serii o Parku Jurajskim”. Wydarzenia raczej następują po sobie niż wynikają z siebie nawzajem, co powoduje, że zamiast płynącej gładko opowieści mamy sekwencję scen, które rzucają bohaterów w kolejne sytuacje trochę “z poczucia obowiązku”. O ile w Zaginionym Świecie seria pożegnała się z próbami tworzenia ambitnego kina, o tyle w Parku Jurajskim III odpłynęła jeszcze dalej. Muszę jednak powiedzieć zupełnie szczerze, że żadna z tych przypadłości zbytnio mi nie przeszkadza.
Kolejnym, również dość różnie odbieranym, aspektem JP3 jest strona muzyczna. W tej części bowiem kompozytorem nie jest już legendarny John Williams, a Don Davis. Z jednej strony, brak Williamsa zawsze jest na minus, ale z drugiej - osobiście soundtrack Davisa bardzo mi się podoba. Jego reinterpretacje oryginalnych motywów z serii mają unikalny, bardzo dynamiczny charakter, a nowe utwory celnie akcentują wydarzenia na ekranie. Ponownie, mamy tu do czynienia z czymś innym, ale - moim zdaniem - niekonieczne gorszym.
Podsumowując, zwieńczenie “oryginalnej” trylogii Parku Jurajskiego jest, podobnie jak część druga, produkcją nierówną i zbierającą bardzo mieszane opinie. Film na pewno miał potencjał na więcej, jednak ze swojej strony przyznam, że spadająca na niego krytyka zawsze wydawała mi się nieco na wyrost. JP3 to wciąż klimatyczna, znakomita od strony technicznej przygoda, której nie pozwolono dostatecznie rozwinąć skrzydeł, by mogła stanąć w jednym rzędzie z oryginałem. Na ekranie mojego telewizora gości jednak regularnie, bo tak jak uwielbiałem ją w dzieciństwie, tak i obecnie moja sympatia do niej ani trochę się nie zmniejszyła.
Moja ocena: 8/10